„Po dziesięciu latach nauczyłam się odmawiać szefowi”
Przez dziesięć lat byłam tą, która „zawsze ogarnie”. Raport na wczoraj, zastępstwo w święta, telefon w niedzielę wieczorem. Mówiłam „jasne, nie ma sprawy”, a potem płakałam w samochodzie na parkingu.
W marcu szef poprosił, żebym przejęła projekt koleżanki, która odeszła. Bez podwyżki, „na razie, do końca kwartału”. Usłyszałam samą siebie, jak mówię: nie dam rady wziąć tego bez oddania czegoś innego.
Zapadła cisza. Byłam pewna, że zaraz usłyszę o braku zaangażowania. Zamiast tego szef zapytał, co w takim razie mogę oddać. Tyle. Dziesięć lat się bałam rozmowy, która trwała cztery minuty.
Nie twierdzę, że wszędzie tak to działa. Ale nauczyłam się jednego: ludzie biorą tyle, ile im dajesz, i rzadko ze złej woli. Po prostu nikt nie sprawdza, czy masz jeszcze siłę, dopóki sama tego nie powiesz.
Dziś wychodzę z pracy o szesnastej trzy razy w tygodniu. Świat się nie zawalił. A ja pierwszy raz od lat zapisałam się na basen.
